SZTORM 10B - Szepty w Ciszy


Sztorm 10 B

Z oczyma jak dwa talary, wpatrywałem się w nadchodzącą falę. Obrazy jakie roztaczała przed mną wyobraźnia “krzyczały”, ze to już koniec. Pięciometrowej wysokości fala zawisła nad jachtem razem ze swoim ryczącym “dziadem” na grzbiecie. "Za chwilę zwali się na pokład i strąci nas na samo dno" – pomyślałem. Ale nic takiego się nie stało. Nasz sześciometrowej długości jachcik jak z procy wyskoczył w gorę i na chwilę zastygł na wierzchołku fali. Widok zapierał oddech: słońce świeciło na bezchmurnym niebie, sztormowy wiatr zrywał wodę z grzbietów fal i ciął po twarzy jak szpilkami, ogromne fale przewalały swoje cielska i rycząc nadciągały w srebrnych zbrojach z piany i w błyskach tęcz. Ledwo otworzyłem usta, żeby krzyknąć ostrzeżenie do kompana siedzącego w kabinie a już pod jachtem rozwarła się bezdenna czeluść. Lecieliśmy w dół na złamanie karku. Jacht wbił się dziobem w wodę. Jęknął maszt, jęknął jacht, zadźwięczało olinowanie – jęknęliśmy i my . "Już po nas. Zaraz fikniemy koziołka razem z jachtem i pójdziemy na dno." – pomyślałem. 

A tak było miło na Balearach. Kilkudniowy pobyt w pięknym rybackim porcie koło miasteczka Mahon zaowocował gronem przyjaciół. Pamiętam staruszka, któremu kibicowałem w łowieniu w porcie ryb. Wieczorem te rybki zamienialiśmy na czerwone wino w knajpce wykutej w skale i graliśmy na gitarze śpiewając bez żenady “jak kto potrafi”. Hiszpanie  to niesamowicie, muzycznie uzdolniony naród – każdy, z bywalców knajpki grał i śpiewał i to jak. Zaśpiewałem ponurą pieśń ”Za pasem nóż i topór co błyszczy z dala”. Zrobiła wrażenie ale odebrali mi gitarę. Za pobyt w porcie zapłaciliśmy egzemplarzami Playboya. To były takie czasy w Hiszpanii.  Tego typu czasopisma były zakazane. 

A tu ten sztorm – dziesięć w skali Beauforta. Zamocowałem ster na stałe i zszedłem do kabiny. “Co my tu robimy na miłość Boską? – zapytałem przyjaciela. Nie odpowiedział. Wystawił głowę z zejściówki i obserwował czy nie ma w pobliżu jakiegoś statku.  “Jesteśmy sami i chwała Bogu” – krzyknął do mnie –“Gdyby się pojawił  i chciał nas ratować stawiamy sztormowy fok i zwiewamy” – dodał. Miał rację, gdy stalowy statek ratuje jacht podczas sztormu  przeważnie go rozbija i zatapia.  I tak nie wiedząc gdzie dokładnie jesteśmy, wystawiając co 15 minut głowę na zewnątrz kabiny, a niekiedy popalając skręty z francuskiego tytoniu, płynęliśmy bez żagli około doby podrzucani przez fale raz to w górę a raz w dół. O świcie następnego dnia nie wytrzymałem: wyjąłem olej, jajka i rozbiłem je nad patelnią. Kiedy olej zaskwierczał dodałem pokrojoną cebulkę. I wtedy morze pokazało kto tu rządzi a kto nic nie znaczącym  intruzem. Fala uderzyła mocniej niż zwykle. Zobaczyłem jak patelnia wyślizguje mi się z ręki, opuszcza kuchenkę, unosi się w górę wolno po burcie i zastyga na suficie kabiny. I nagle spada mi na głowę z całą  zawartością.  

Ale nie był to koniec negatywnych zdarzeń. Jacht wyprostował się. Na zewnątrz zawyła syrena. Obaj wyskoczyliśmy na pokład. Niedaleko nas przewalał się na falach francuski krążownik. Z jego pokładu machano do nas przyjaźnie.  Ale my w panice przed ratowaniem nas  postawiliśmy oba żagle. Mój przyjaciel wrzasnął: “Płyniemy na południe do Afryki!”, “Dlaczego tam ? – zapytałem – Sardynia jest bliżej”. “Co kontynent to kontynent – w niego zawsze trafimy” - odkrzyknął śmiejąc się .  Westchnąłem przypominając sobie, że jacht to takie więzienie, które w każdej chwili może zatonąć i już czas by poczuć pod stopami twardy  grunt. 

Dopisek: 

Już bez przygód dopłynęliśmy następnego dnia do Algierii. W sztormie, który opisałem zatonął polski statek Wrocław II. Oto notatka: PŻM podjęła kolejną próbę z nazwą "WROCŁAW" i już w 1971r. podniosła flagę na nowo wybudowanym w Stoczni Gdańskiej m/s Wrocław II. Dla tego pięknego (ponad 5,7 tys. ton nośności) statku rejon Morza Śródziemnego okazał się nieprzychylny, jak dla SMS Breslau. W 1973r. w silnym sztormie nastąpiło przesunięcie ładunku i statek szybko zatonął. Na szczęście cała załoga zdążyła się bezpiecznie ewakuować...”.p.s. Ze Staszkiem Ciskiem, zimową porą, przepłynęliśmy  jachtem “Narcyz” z Calais we Francji kanałami i rzekami pokonując około 260 śluz do ujścia Rodanu. (Sint Louis) Potem w silnym i porywistym wietrze Mistralu dopłynęliśmy do Balearów (Minorca). Rozstaliśmy się w Algierze. Staszek miał marzenie: samotnie przepłynąć w pasacie Ocean Atlantycki. Dokonał tego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krytykując - szkodzisz sobie

To opowieść o Greku... dla Joasi też

Walec miłości