LAWINA (CZęść 1)

 




Opowiadanie dedykuje Piotrusiowi Reiferowi przyjacielowi ze studenckiej ławy.


LAWINA 


Wstęp


Przyjaciele Piotr i jego towarzysz z dawnych lat, przez kilka wieczorów, spotkali się w górskim schronisku Murowaniec na kolacjach wegetariańskich. Na stole pojawiały się różnorodne dania, takie jak grillowane warzywa, sałatki z mieszanką ziół i orzechów, makaron z pesto pomidorowym oraz pita z falafelem i hummusem. Pili również świeżo wyciskane soki owocowe i herbaty ziołowe.


Piotr, który od czasu zakończenia studiów mieszkał za granicą, pełen emocji opowiadał o swojej niezwykłej przygodzie w Tatrach. Opowiedział, między innymi, jak zgubił się na szlaku Kuźnice-Hala Gąsienicowa podczas zimowej wędrówki i jak, na porwany przez lawinę, był o krok od śmierci. Wtedy pojawił się  ratownik górski o imieniu Józef i poprowadził go do schroniska, ratując mu w ten sposób życie. Następnego dnia, podczas spożywania śniadania, Piotr spostrzegł portret Józefa w jadalni schroniska i dowiedział się, że ten człowiek nie żyje od kilku lat. Był zszokowany i nie mógł uwierzyć w to, co się stało. 

Na wstępnie opowieści wyjaśnił przyjacielowi, że wtedy szedł niebieskim szlakiem prowadzącym z Kuźnic przez Boczań, Skupniów Upłaz i  przez przełęcz między Kopami, a stamtąd dalej do  "Murowańca". Wyjaśnił też, zaglądając do internetu w komórce, że  przy dobrej pogodzie czas przejścia z Kuźnic na przełęcz to około półtorej godziny a czas przejścia z przełęczy do "Murowańca" to około 20 min.

Towarzysz Piotra słuchał tej nieprawdopodobnej historii z zainteresowaniem i emocjami. Był wstrząśnięty możliwością spotkania z duchem ratownika górskiego i nie był w stanie powstrzymać swojego zdumienia. Z Piotrem  łączyły go wspomnienia wspólnych studiów na Politechnice Warszawskiej i wspomnienia związane z wędrówkami po Tatrach, ale ta historia Piotra dotknęła go szczególnie głęboko. 

Obaj mężczyźni wtedy uznali, jak niezwykłe i nieuchwytne mogą być górskie tajemnice oraz moc przyjaźni, która potrafi przetrwać przez lata.


LAWINA - część 1


Wspomnienia Piotra:


Zabłądziłem na szlaku Kuźnice – Dolina Gąsienicowa. Nie trafiłem w Przełęcz Miedzy Kopami. Oczy oblepił mi śnieg. Zawierucha śnieżna zaatakowała, jak to w wysokich górach często bywa – znienacka.  Około półgodziny, po omacku, w śniegu po kolana, wspinałem się stromo pod Kopę a gdy poczułem, ze schodzę już na dół, tafla śniegu po której szedłem zaczęła się obsuwać. Po chwili śnieg przykrył mnie całego. Spadając rozpaczliwie wymachiwałem rękoma we wszystkie strony szukając powierzchni.  Mokry śnieg zastygł dookoła mnie w bezruchu. Gdy cofnąłem wysunięta rękę poczułem dopływ świeżego powietrza. Mogłem oddychać ale nie mogłem się ruszyć. Znalazłem się w śnieżnej, jak w gipsowej, pułapce. 


Przeróżne myśli  plątały się w moim umyśle, przywołując obrazy bliskich, których już nie zobaczę. Przemknęły mi przez głowę niezrealizowane marzenia, niewypełnione obietnice i wybaczenia, które jeszcze nie padły. 


Nagle usłyszałem dźwięk, jakby ktoś mnie wołał. Czy to tylko piekielny żart umysłu, który w obliczu śmierci stwarzał złudzenia? Ale dźwięk powtórzył się, tym razem głośniejszy i bardziej wyraźny. To było prawdziwe. Ktoś mnie szukał . Wzruszony i pełen nadziei na pomoc, zacząłem wołać na ratunek. Wykrzyczałem to, co miałem na sercu, wierząc, że nawet najmniejsza iskierka nadziei może odwrócić los.


Wtedy wewnętrzny głos zapytał: 


Czy odkryłeś, kto umiera, kiedy się umiera?


Powiedziałem, że słowami mogłem udzielić wszelkich słusznych odpowiedzi, ponieważ ostatnio bardzo wiele czytałem i rozmyślałem na ten temat. Interesowały mnie ćwiczenia podpowiadane przez różne tradycje, żeby przygotować się do "umierania żyjąc", na sposób sufich, ale szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy to wszystko zmieniło coś we mnie. Dla mojej głowy było jasne, że przy narodzinach zaczyna się żyć, ale też i umierać. Życie i śmierć są przejawami tego samego istnienia. Intelektualnie rozumiałem, że wraz ze śmiercią umiera też wszystko, z czym się identyfikujemy: ciało, myśli, nasze związki międzyludzkie, doświadczenie i owo "Ja", któremu przypisujemy tak wielkie znaczenie. Dlatego każdego dnia należy sobie powtarzać: "Ja tym nie jestem. Ja jestem świadomością", i ćwiczyć tym samym, by nie przywiązywać się zbytnio do tego, czym nie jesteśmy. Ale czy to wszystko wystarczało, żeby uwolnić mnie od strachu przed śmiercią? 


A czy ty nigdy nie odczuwasz tego strachu? - zapytałem


Przeciwnie, jestem raczej ciekaw śmierci. - odpowiedział wewnętrzny głos. Powiedział też, że mam rację: nie chodzi o to, żeby zrozumieć ją głową. Jedynym sposobem poznania jej naprawdę było umrzeć.. 


Powiedziałem, że jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie ostatnio przeczytałem, była Katha-upaniszada, ta, w której młody Naciketas idzie do Śmierci, siada przed jej domem i przez trzy dni błaga, żeby nauczyła go, czym jest Prawda. Śmierć nie chce o tym słyszeć, chowa się. Potem, żeby pozbyć się chłopaka, oferuje mu złoto i bogactwa. Proponuje mu nawet królestwo i bardzo długie życie, ale Naciketas wszystko odrzuca. Chce tylko tego, co jest poza zasięgiem samej Śmierci. Śmierć jest tym poruszona. Zgadza się przyjąć Naciketasa na ucznia i - zostając jego guru - uczy młodzieńca tego, co raz poznane, "rozwiązuje wszystkie węzły w sercu i czyni zbędnym jakiekolwiek inne poznanie". Jest to ta sama lekcja, jaką znajdujemy we wszystkich innych upaniszadach i w Gicie. 


To lekcja wedanty: wszystko, co się rodzi, umiera, wszystko, co umiera, się odradza. Pozostaje tylko Dusza, czysta świadomość, która nigdy się nie narodziła i jest poza czasem. 


Pamiętałem wersy tej upaniszady i zadeklamowałem je: Jak ziarno Człowiek dojrzewa, Jak ziarno On na powrót się rodzi.

Widzisz?- powiedział wewnętrzny głos -  Śmierć nie jest negatywna. Może być Wielką Nauczycielką. W istocie, dzięki niej zadajemy sobie wielkie pytania na temat życia. A jeśli dobrze się zastanowisz... to właśnie ona nas tu na Ziemie przywiodła. Miał rację.


A rodzina?- zapytałem - Przyjaciele ze schroniska w Betlejemce? A znajomi goprowcy? Mam zostać tu poza szlakiem? Odejść z tego świata na nie odwiedzanym zboczu Kopy Królowej? Mają mnie szukać... i odnaleźć  wiosną? A łzy, smutek, rozpacz i poczucie bezsilności zmieszane z poczuciem winy, że mogli coś zrobić – to mam zafundować moim najbliższym? Mój Boże! Ja chce żyć! Zrób coś! Jesteś przecież od czynienia cudów. 


Zacznijmy od przestrogi – odpowiedział wewnętrzny głos - Pamiętasz? Przeczytałeś  kiedyś uśmiechając się i leżąc w ciepłym łóżku taką to historię: Narada był wiernym wyznawcą i uczniem Wisznu. Pewnego dnia idzie do mistrza i pyta o różnicę między mają, światem iluzji a prawdą. Wisznu nie ma najmniejszej ochoty mu tego tłumaczyć. Jest strasznie gorąco i dręczy go pragnienie. Posłuchaj - mówi do Narady. - Najpierw przynieś mi szklankę wody. Narada biegnie. Trafia do wioski i puka do drzwi. Otwiera mu przepiękna dziewczyna. Narada prosi o wodę, dziewczyna zaprasza go do środka i zaczynają rozmawiać. Narada zakochuje się, żeni z dziewczyną, a ona rodzi mu kilkoro dzieci. Mija dwanaście lat. Pewnego dnia nad wioską rozpętuje się straszliwy huragan. Rzeka występuje z brzegów, porywa domy i Narada widzi, jak w jej odmętach znika żona, a potem - jedno po drugim - wszystkie dzieci. Zostaje tylko najmłodszy syn, którego próbuje ocalić, trzymając wysoko na głowie. Ale woda wciąż się podnosi, sięga mu już do szyi. Narada jest zrozpaczony, nie wie, co robić. Z oczami zwróconymi ku niebu błaga: Panie, proszę cię, pomóż mi!

I wtedy, wśród grzmotów i błyskawic, słyszy głos: A szklanka wody? 

No widzisz braciszku – śmieje się wewnętrzny głos - Sens tej historii leży w tym, że wysyłając Naradę po picie, Wisznu udzielił uczniowi odpowiedzi, której ten szukał:  wioska, dziewczyna, rodzina, dzieci... to wszystko maja, świat, który się stale zmienia. To nie jest Prawda, coś stałego. Natomiast doświadczenie, bardziej od jakiegokolwiek tłumaczenia, pozwoliło Naradzie zrozumieć różnicę między tymi dwoma pojęciami. Rozumiesz teraz?”


Do licha! – odpowiadam – A co to ma wspólnego ze mną? To tylko anegdotka i nic więcej.


Mylisz się mój drogi. Gdy zaczęła się śnieżyca i do tego na Diabełku, mogłeś zawrócić do Kuźnic. Podjąłeś złą decyzję. Tego co ci zabrakło to doświadczenia i mądrości.  Wspinając się na Kopę Królowej nie myślałeś o rodzinie, przyjaciołach, znajomych goprowcach, prawda?” Zamilkłem.  Miał rację. Popełniłem błąd. 


Przeanalizowałem spokojnie sytuacje: mogłem oddychać ale nie mogłem się ruszyć. Znalazłem się w śnieżnej - śmiertelnej pułapce. Wewnętrzny głos przekonywał mnie, uspakajał, przygotowywał na najgorsze. Mijały minuty a ja mogłem oddychać. Masa śniegu uwięziła mnie z lewa dłonią i lewa stopą wystającą nad powierzchnie - w pozycji rozkrzyżowanych rąk i rozstawionych nóg, umożliwiając swobodny przepływ powietrza. Poczułem zimno i strach, że zamarznę. Ale nie wszystko jest stracone- pomyślałem.


Dziwne, ale w takich sytuacjach własna głowa - myślenie - płata najczęściej figle. Najpierw umiera się ze strachu by po chwili śmiać się z siebie i z sytuacji. Może ta najwyższa w człowieku istota znająca przyszłość uśmiecha się do nieszczęśnika, ucząc cierpliwości, ufności w Stwórcę i czyniąc radosnymi ostatnie chwile na Ziemi? Kto to wie? To dziwne, ale w sytuacji kompletnie beznadziejnej, przypomniała mi się historia pewnego trapera, który wybrał się na Kasprowy Wierch z zamiarem zjechania na nartach do Kuźnic. Usłyszałem ją od znajomego goprowca przed laty w wagoniku kolejki linowej. 


Otóż, z samego rana, tak zwaną zerową kolejką, wraz z grupą zawodników-narciarzy, zabrał się ów traper na Kasprowy Wierch. Gdy tam dojechali, traper przypiął rzemykami drewniane narty, odepchnął się bambusowymi kijkami i powoli w swoim starodawnym harcerskim stroju, łagodnymi trawersami zaczął zjeżdżać po stoku. Była piękna, słoneczna pogoda. Wyciąg narciarski z doliny Gąsienicowej jeszcze nie ruszył. Wśród zawodników, obserwujących z tarasu poczynania samotnego na stoku trapera był jeden niecierpliwy – słabo widzący. Przypiął narty i poszusował ostro w dół. Po chwili obie sylwetki narciarzy zbliżały się do siebie i... zderzyły.

Okrzyk: GOPR! GOPR! wywołał ratowników. Z toboganem zjechali na miejsce zderzenia. Okazało się, że traper ucierpiał i ma złamaną nogę. Zawodnik pomógł goprowcom umieścić swoja ofiarę w toboganie i zjechał do dolnej stacji wyciągu, który niebawem miał go zawieść na Kasprowy Wierch. Nie było w tych czasach śmigłowca. Goprowcy po lekkim podejściu w dolinie Gąsienicowej powieźli trapera nartostradą przez zalesione zbocza w kierunku Kuźnic. Ale los chciał by zatrzymali się za potrzebą. 

Zawodnik, w tym czasie, dotarł do swoich kolegów na szczycie. Był dobrym człowiekiem, więc zwolnił się z treningu i poszusował by zaopiekować się traperem. Na nartostradzie zauważył w poprzek stojący tobogan. Po obu stronach były drzewa więc próbował tobogan przeskoczyć. Niestety, końcami nart zawadził leżącego trapera. Okazało się, że złamał mu drugą nogę. Gdy nachylił się nad nieszczęśnikiem, traper słabym głosem zapytał: 


Dlaczego? Co ja panu zawiniłem!


Jak wspomniałem, historię tę opowiadał goprowiec w kolejce jadącej na Kasprowy Wierch. Wtedy wszyscy słuchający go wybuchnęli gromkim śmiechem. Teraz, leżąc pod śniegiem i ja się śmiałem.


Nie wiem do tej pory, czy lawina ruszyła dalej przez uruchomiona tym śmiechem, czy szczękaniem z zimna zębami czy może przez to, że „tak miało być”. W każdym razie, gdy zjeżdżałem ze śniegiem w dół udało mi się rozpaczliwymi ruchami żabki wydobyć na powierzchnię. Gdy śnieg znowu zastygł w bezruchu zauważyłem, ze nie mam plecaka i rękawiczek. Ale żyłem, więc nie wiele myśląc poderwałem się na nogi by oddalić się jak najszybciej od niebezpiecznego miejsca . Po chwili zawierucha oblepiła mi oczy mokrym śniegiem. Pamiętałem z mapy, że idę teraz po polanie zwanej Karczmisko i że po prawej stronie stok góry powinien się wznosić. Z uporem, na ślepo, szedłem tak po kolana w mokrym śniegu około godziny. Niestety, sprawdziło się, że bez widoczności, z dużym prawdopodobieństwem, chodzi się w kółko. 


Ale w tym nieszczęściu był promyk nadziei - zalazłem plecak i rękawiczki. Prawa Boskie są pełne wybaczenia, miłości i wszystko można zacząć od początku i to w każdym momencie. Mgławice a nawet chromosomy rozwijają się jak nasze życie - spiralnie. Chodzi o to by, gdy wróci się do tego samego miejsca nie powtarzać tych samych błędów - warto odrzucić stare przyzwyczajenia, uwolnić się z leków przeszłości i przyszłości i zmienić radykalnie myślenie i uczucia - rzecz jasna na lepsze. I poczuć - wielką chęć do życia. Z plecaka wyjąłem aluminiową cienką folię i rozsiadłem się na niej w grajdołku w śniegu. Zmieniłem mokre skarpety, koszulę i bieliznę na suche. Na buty i spodnie do kolan założyłem stup tuty. Zjadłem kawałek gorzkiej czekolady i byłem gotowy do drogi.  Pomyślałem o modlitwie do Świętego, ale... przypomniałem sobie, że: pewien nieszczęśnik - hazardzista, wpadł w tarapaty: miał oddać mafii 10 tyś. $ następnego dnia. Przyjaciele odmówili pożyczki więc zdesperowany poszedł do kościoła i modlił się gorliwie: Panie Boże, daj mi te dziesięć tysięcy. Ratuj mnie. Gdy wychodził z kościoła - potrącił go samochód. Doznał złamania dwóch nóg. Ubezpieczenie wypłaciło mu równo dziesięć tysięcy. W modlitwie zapomniał dodać ...daj mi te 1o tyś. ale w opiece mnie miej. 


Zacząłem się śmiać bo też przypomniałem sobie, że któryś z przyjaciół  kiedyś pocieszał mnie w trudnej sytuacji podczas burzy na morzu. „Dwie rzeczy są w życiu bardzo istotne: dobre łóżko i wygodne buty „  Pomyślałem,  że i tak jestem szczęściarzem bo buty miałem wygodne ale do ciepłego łóżka było mi bardzo daleko.  Ale gdyby się zdarzyło , że przeżyję i znajdę się nie sam w łóżku to zapytam: Gdybyś wiedziała coś, w co nikt by nie uwierzył, to czy próbowałabyś to powiedzieć  mnie?

Ciąg dalszy nastąpi...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

To opowieść o Greku... dla Joasi też

ZAKOCHANI

Walec miłości