LAWINA ( część 2)

 


 

LAWINA  (część 2)


Wspomnienia Piotra


Na stoku góry, w śnieżnej zamieci, siedziałem na folii aluminiowej. W dobrą pogodę do schroniska w Dolinie Gąsienicowej doszedłbym w 20 minut. Jednak bez widoczności, w mokrym śniegu po kolana, nie było to takie łatwe. Nie wiedziałem w którym kierunku szukać oznaczonego tyczkami szlaku do schroniska. Kiedy wydobyłem się z lawiny, która zeszła z Kopy Królowej, błądziłem około godziny po stoku. Szczęściem było, że w śnieżycy, błądząc, zatoczyłem koło i odnalazłem porwany przez lawinę plecak z suchymi rzeczami. 


Było już po godzinie duchów. Z plecaka wyjąłem komórkowy telefon i zastanawiałem się czy zadzwonić po ratunek do GOPR w „Murowańcu ”. Narażę się na śmiech kolegów i wesołą anegdotkę goprowców - pomyślałem - zgubił się na szlaku po którym chodzą dzieci z kobietkami w szpilkach - tak będą się śmiać popijając piwko z beczki. Odłożyłem telefon do plecaka. Sam wpadłem w tarapaty i sam muszę się z nich wykaraskać. – powiedziałem na głos do Śnieżycy.

A jak to zrobić? Jak trafić na szlak? 


Otóż, nie mając pojęcia gdzie szukać tyczek, powierzyłem tę błahostkę Stwórcy. Okularami słonecznymi zabezpieczyłem oczy, naciągnąłem na cała twarz narciarską czapkę, kaptur na niej związałem jak najściślej, otuliłem się folią i tak jako świadomy ślepiec poprosiłem z największa wiarą na którą mnie stać: „Panie. Zaprowadź mnie do schroniska.” 


Szło mi się na początku dość lekko i płynnie, chociaż niekiedy potykałem się i upadałem. Uporczywe myślenie, czy jednak nie powinienem zadzwonić po pomoc, po chwili rozpłynęło się w strumieniu dziwnych, można by rzec , filozoficznych myśli. Myśli o które nigdy siebie nie podejrzewałbym jako człowieka z wyższym, politechnicznym wykształceniem. 


Oto te myśli: Wszechświaty równoległe? Fizycy teoretyczni, mistycy i jasnowidzący w swoich poglądach na Wszechświat mają dużo wspólnego. Interesują ich inne światy w wyższych wymiarach. Fizycy umieścili te światy w Hiperprzestrzenni i podali prawa matematycznie panujące w wielowymiarowości. Mistycy przeczuwają, że światy te zamieszkują myślące istoty. Jasnowidzący - te istoty po prostu widzą. Może się okazać, że każdy koniec jest równocześnie początkiem, że umierając rodzimy się w innym wymiarze, w innym Wszechświecie. Inne wszechświaty przenikające nasz wszechświat subtelniejszymi materiami niż nasza fizyczna - są zaludnione. Prawdopodobnie na podobieństwo naszego, bo też są przypuszczalnie w relacji ze Stwórcą - jak promyk do Słońca.  Ale, nasze Słońce jest przejawieniem materialnym Wyższych Słońc pod którymi żyją Wyższe Istoty. Więc Istoty w wyższych wymiarów mają swoje Słońca zbudowane z bardziej subtelnych materii na przykład astralnej, mentalnej, duchowej? - chyba mi odbiło - pomyślałem. Ale natłok myśli zawładnął moją głową i usłyszałem dziwny kobiecy szept.


Opuszczając kolejne ciała: fizyczne, astralne, mentalne, rodzimy się mniej lub bardziej świadomie w coraz wyższych wymiarach pod Innymi Słońcami. Podróżujemy w wielowymiarowości? Otóż to. A tam spotykamy swoich najbliższych zmarłych a także naszych Opiekunów i Nauczycieli? I nie tylko? Bo i Anioły, Elfy, Gnomy, Rusałki i całą plejadę wszelakich Duszków. Przejawiają tam się też Duchy z górnej, niebiańskiej półki Prorocy, Archanioły a także i duchy mniej przyjemne? Te inne mało przyjemne? Upadłe?  Po co żyjemy? - odwieczne pytanie każdej Istotki. 


No cóż, pewien jasnowidz tak to jasno zobaczył i dość składnie wytłumaczył. Otóż, Stwórca jako Najpotężniejszy i Najmądrzejszy, krótko mówiąc - Absolut, był też bardzo Najsamotniejszy. Więc oddzielił z siebie duszyczki i posłał je do materii zawczasu stworzonej. Trudnej do życia materii - fizycznej z jakiej zbudowany jest nasz Wszechświat. "Idźcie dzieci. Daje wam i to i tamto. Ale od tamtego trzymajcie się z daleka i najważniejsze - w przyszłości uważajcie na zwisające węże i rozpołowione jabłka.” Nasze duszyczki, rzecz jasna nieśmiertelne jak ich Rodzic, wylądowały na planecie Ziemia. Z celem? - by przeżyć, i doskonalić się przez własne doświadczenia, i cierpieć za zejścia z drogi, za łamanie praw ustanowionych przez ich Stwórcę. Niewinne Duszyczki zaczęły stopniowo przywdziewać ochronne szaty - ciała: materialne, uczuciowe i mentalne. W ten sposób dopasowując się do ewolucyjnych zmian na Planecie Ziemia. Te szaty, jak wiemy, nie są jeszcze i dzisiaj doskonałe. W ich tkaninie mocno szwankuje uczuciowość i myślenie. Nie potrafimy kochać i daleko nam do mądrości. Ale coraz wyższe poziomy świadomości są przed nami - duszyczkami. Nasuwają się pytania. Po co tak Stwórca uczynił? Po co oddzielił z siebie duszyczki i wrzucił w kłopoty?  Otóż, jak stwierdził lapidarnie Jasnowidz: “Uczynił to żeby mieć kogo kochać". Zabrzmiało to absurdalnie! Bo po co miałby ON pożądać  coś takiego jak uwielbienie?... 


Tak mnie ta ostatnia myśl zafrasowała, że potknąłem się i upadłem w śnieg. Poczułem się bardzo zmęczony i śpiący. Zrobiło mi się cieplutko jak w łóżeczku pod pierzyną, ale głowa swoimi kobiecymi myślami dalej przemiłe gaworzyła: 


Absurdalne! Uważaj! Dlaczego tak uczynił? – pytasz - To oczywiste! Bo przecież był Najsamotniejszy i nie miał kogo kochać. A jak u ciebie? 


U mnie OK! Kochani przyjaciele i rodzina czekają na mnie... gdzieś tam. Ale Głowo! Pachnie mi u Stwórcy egoizmem. Urodzić miliardy istot żeby cię kochały kochać! Też mi pomysł! A bez tego rodzenia nie łaska! Po prostu kochać i już... Nie będę wybrzydzał. Istnieje, jak mnie przekonujesz, przecież dzięki Niemu. I On mnie teraz prowadzi do Schroniska. Zgadza się?

Jakiego Schroniska! Gamoniu! Trafisz za chwilę do Czyśćca. Wstawaj bo zaśniesz tu na amen! – krzyczy ktoś we mnie.

 

Nie chce mi się już iść. Pośpię troszkę, złapię energię i ruszę... A ty , który do mnie gadasz ... Jak ci na imię? "POSTRACH"  - huczy we mnie szyderczy głos. 


Postrach? OK. Straszysz mnie a ja się już niczego nie boję. Ok! Wstanę i pójdę, ale będzie to ostatni raz. Zapamiętaj sobie! Jak nie trafię nosem w tyczkę to idę spać. OK mądralo? Ale chcę cię teraz zobaczyć. Pokaż się Postrachu.


I nagle, ku mojemu zaskoczeniu, przed zamkniętymi oczami, jak gdyby od wewnątrz, na powiekach, wyświetliła mi się ludzka postać widoczna od tyłu - w charakterystycznym czerwonym swetrze. Zafascynowany tą dziwaczną ekranizacją powlokłem się po śniegu w pozycji co chwila upadającego wędrowca. Zamieć przerodziła się w wichurę a postać ratownika prowadziła mnie w kierunku skąd wiał porywisty wiatr. Ten wiatr zmuszał mnie do nachylonej, upadającej pozycji i ciągłego kłaniania się Postrachowi. Gdy postać na ekranie z powiek zbaczała w lewo – skręcałem w lewo, gdy w prawo – skręcałem w prawo. Ta korekcją powodowałem, że postać ratownika utrzymywała się pośrodku ekranu z powiek. 


Zabawa głowy trwała ale nogi  domagały się odpoczynku. Zacząłem posuwać się na klęczkach. Szło mi to coraz lepiej. Po miej więcej pół godzinnym marszu pod wiatr, rzeczywiście nosem uderzyłem w coś co było twarde. I jak to z widzącym udającym ślepca, który nagle obrywa w głowę. 

Nagle mnie olśniło i przypomniały mi się góralskie kawały:

Siedzi baca na drzewie i śpiewa. Przechodzi turysta.

- Baco, spadniecie, na drzewie się nie śpiewa.

- Nie spadnę.

Za godzinę wraca turysta, patrzy, a pod drzewem leży baca.

- A mówiłem wam, baco - nie śpiewa się na drzewie.

- Śpiwo się, śpiwo, ino się nie tańcy.

Zacząłem się śmiać aż opadła ze mnie aluminiowa folia i poszybowała gdzieś w zamieć. Z moich powiek znikła postać w czerwonym swetrze. Ratownikowi nie spodobał się góralski kawał? Może jemu nie ... ale mnie obudził. Już wiedziałem, że muszę... ale to muszę dojść do schroniska. Bo tam czekała niespodzianka - ciepłe łóżko. A tu i teraz w ręku trzymałem tyczkę wyznaczającą zbawienny szlak. Niestety, innych tyczek z tego miejsca nie było widać. Śnieżyca miała się dobrze. Wiatr hulał po stoku. I znów miałem problem. W którym kierunku czołgać się by znaleźć tą następną tyczkę - tą która poprowadzi mnie do schroniska a nie do Kuźnic? Ale Głowa, jak to zmarznięta Głowa, dopowiadała:


Idzie baca szlakiem na Halę Gąsienicową i ciągnie za sobą ogromny łańcuch. Przechodzący obok turysta pyta - Po co to ciągniecie baco ten łańcuch? 

A baca na to: A co to panocku... będę go pchoł...


Stwórco - pomyślałem - poproszę o bacę... i niech mnie pcha.  

Usnąłem w śniegu na klęczkach trzymając się kurczowo odnalezionej tyczki wyznaczającej szlak do Doliny Gąsienicowej. Śniło mi się, ze jakąś kobieta o imieniu Gala przemawia do mnie. Mówiła wolno, wyraźnie - ciepłym i pełnym miłości głosem.


Mój kochany. Popatrz na mnie. Robię to dla ciebie. Przeistaczam się w postać pięknej, młodej, wrażliwej kobietki, która wie o twoim ukrywanym marzeniu. Domyślasz się już kim jestem? Nie odpowiadaj. Słuchaj i zaśnij. Pamiętasz? Kiedyś zniknąłeś i nikt nie wiedział, co się zdarzyło. A ona, ta kobieta, która tak bardzo cię kochała umierała z niepewności, z lęku o ciebie. Przyznaj się najmilszy, uciekałeś przed nią, czy przed sobą? Przypomnij sobie kochanie twoją wybrankę. Zdradzę ci teraz jej myślenie.  Otóż, jak to zwykle z kobietkami bywa, uważała, ze to przez nią zniknąłeś na długie lata, że może coś nie tak powiedziała, coś nie tak zrobiła, że ją karzesz bo nie potrafiła się wznieść tak jak ty, albo dlatego, ze odczytałeś jej uczucia. Ale ty, wiesz przecież, że rzeczywistość była zupełnie inna. Mroczna tajemnica twojego życia, jedyna, o której jej nie powiedziałeś, upomniała się o ciebie. Wiesz już o jakiej tajemnicy mówię? To nie jej kochany, a mnie jesteś przeznaczony. To do mnie się modliłeś o wybaczenie. To ja jestem twoją Królową. To na moją cześć górę, która cię tu przywiodła, nazwano Kopą Królowej. Tu czekałam na ciebie. Nie oddam cię już żadnej śmiertelniczce. Jesteś mój. Tylko mój. To mnie przez całe życie służyłeś i teraz służysz na klęczkach i w moim zakonie obiecuje ci będziesz leżał latami plackiem i prosił o powrót do normalnego życia. 


Nagły trzask łamanej tyczki wyrwał mnie z mrocznego snu. Opadłem głową w mokry śnieg. Tyczka złamała się pod moim ciężarem.  Na miły Bóg – przeniknęła mnie myśl – chyba to góra do mnie przemawiała. 


Odsunąłem czapkę z oczu i zdjąłem okulary. Siła wiatru wyraźnie zmalała, śnieg padał dużymi płatkami i dookoła było upiornie ciemno. Wyjąłem z plecaka latarkę, zapaliłem ją i przywiązałem do kikuta tyczki. Z jej odłamanej części zrobiłem dwa do podpierania się kije i powlokłem się pod wiatr licząc na to, że jest to właściwy kierunek i znajdę następną tyczkę. I rzeczywiście po kilkudziesięciu krokach trafiłem na następną tyczkę. Po śladach w śniegu wróciłem do poprzedniej, zabrałem latarkę i tą metodą po trzykroć chodząc miedzy tyczkami, po około dwóch godzinach, dowlokłem się do kamieni i tablicy zaznaczającej szlak i zejście do Doliny Gąsienicowej. Byłem tak zmęczony, że siadłem na plecaku przy kamieniu i zjadłem pozostawiony na czarną godzinę kawałek czekolady.Zasnąłem przy ostatnim kęsie. 


Po chwili usłyszałem znów ten sam głos - kobiecy głos Gali pełen miłości. 


Witam cię, mój najmilszy i znów jesteś w moich objęciach. Ciepło ci, prawda? Bezpiecznie? Wyjaśnię ci teraz co masz uczynić dla kobiety, która porzuciła cię przed laty i odeszła do innego mężczyzny chociaż tak bardzo cię kochała. Ty też ją kochałeś, prawda? Ona odeszła do niego by wkrótce odejść z tego świata. Odebrała sobie życie ale teraz chce wrócić na Ziemie. Pomożesz jej w tym pozostając tu na Ziemi, czy chcesz pójść do niej w mroczny jej astralny świat? Wybieraj najmilszy. Oddałeś się mnie, a ja mogę wszystko. Jestem twoją i jej Królową Życia i Śmierci. Mogę was połączyć lub rozdzielić na wieki. 


Śniłem i czułem, jak wstrząsa mną płacz. Płacz trudny do opanowania, głęboki: w rozpaczy, w poczuciu winy i w bezsilności. Czułem, że już dawno wybrałem, że pragnąłem się z nią połączyć, że pragnąłem ją zobaczyć, wytłumaczyć, poprosić o przebaczenie, wtulić się w nią jak dawniej. 


Samotne życie – znów usłyszałem kobiecy głos - skupione na sobie, oświetlone radością przebywania na łonie przyrody, ma swój ciemny aspekt - halucynacje. Pamiętasz? Pojawiły się u ciebie pewnej nocy. Siedziałeś przed świecą, wykonując to samo ćwiczenie co zwykle. Miało ono na celu uspokojenie umysłu i beznamiętne obserwowanie myśli w całkowitej ciszy. Nagle usłyszałeś mój głos. I nie był to głos kogoś, kogo znałeś, a głos, który nie dochodził z żadnego konkretnego miejsca, a który powiedział: „Pomóż jej wrócić ze świata umarłych. A ja pomogę tobie. Zostaniesz moim uczniem. Powiem ci co to jest prawda, pokażę ci piękno. Pamiętasz? 


Nie poruszyłem się. Czekałem, aż kobieta jeszcze coś powie, ale mój umysł już się rozkojarzył. Uśmiechnąłem się. Przecież święci słyszą głos Pana, natomiast opętani głos Diabła. Nie wydawało mi się, by w moim przypadku chodziło o Pana. Nie był to też głos wewnętrznej najwyższej mojej istoty ponieważ tamten nie mówił; tamten pozwalał tylko słyszeć.  Postanowiłem rozważyć sprawę dokładnie i bez pośpiechu. Otóż, ów głos – pomyślałem – oczywiście musiał wynikać z sytuacji, w jakiej się znalazłem.  To normalne, że przedłużająca się samotność wytwarza pustkę, która w sensie psychologicznym przyprawia o zawroty głowy. Pozbawiony dodatkowych bodźców umysł koncentruje się, staje się szkłem powiększającym, w którym małe rzeczy ogromnieją. Umysł ma wówczas wrażenie, że wszystko rozumie, że widzi wszystko jaśniej i doświadcza czegoś, co normalnie pozostaje poza doświadczeniem. Jest to odczucie podobne do tego, które – tak to sobie wyobrażam - wywołują niektóre narkotyki. Czas traci swój rytm i sens, a teraźniejszość, przeszłość i przyszłość zlewają się w jedność, w zbiór równoprawnych zdarzeń. Czas się nie powtarza, czas jest tylko teraźniejszy, ponieważ tylko w teraźniejszości się go doświadcza. Potem przytrafiło mi się coś, co na pewno związane było z ćwiczeniem, jakie robiłem w domu, aby oderwać się od ciała, nie identyfikować się z nim, a ze świadomością. 


Otóż, w pewnym momencie zacząłem odnosić wrażenie, że jest we mnie jakaś istota, która chce przyjść na świat, ale zduszona została warstwami wiedzy, pojęć i zasad. Ta istota była uwięziona, i teraz chciała wyzwolić się spod ciężaru materii. Gdy tak nie spiesznie myślałem, przed moim wewnętrznym okiem, na bezchmurnym niebie pojawiły się dwa orły i zaczęły mnie nawoływać. Coś niesamowitego było w tym ich unoszeniu się na wietrze. Opadły do mnie, a chwilę potem znów były wysoko w górze. Jak zauroczony śledziłem ich ruchy. Wzywały mnie i odpowiedź wydawała mi się prosta. 


Wstań i pofruń z nami. 


Chodzenie to kiepski sposób na podróżowanie po górach. Z koszmarów sennych, nagle, wyrwał mnie dzwonek telefonu, który przed zaśnięciem nastawiłem na budzenie. Wyłączyłem alarm i rozejrzałem dookoła. Śnieżna zamieć odeszła. Na niebie lśniły gwiazdy. Nad sobą rozpoznałem trzy gwiazdy Syriusza. Wstałem, strzepnąłem z siebie mokry śnieg, założyłem plecak i podpierając się kijami poczłapałem po opadającym stoku w kierunku schroniska. Po kilku krokach potknąłem się o wystającą kosodrzewinę i upadłem. Nie chciałem już nigdzie iść. Przewróciłem się na plecy i zauroczony widokiem patrzyłem w lśniące na niebie gwiazdy. Wiedziałem, ze już nie dam rady wstać. To był już koniec mojej wędrówki. Wyjąłem z kieszeni telefon i bezwiednie naciskałem na przyciski. Usłyszałem sygnał łączenia i po chwili dziewczęcy, radosny głos:

Tu Joanna. Nie mogę teraz podejść do telefonu. Zostaw wiadomość a na pewno oddzwonię.

Zebrałem wszystkie siły i powiedziałem: Nie wiem kim jesteś. Kocham cię Joanno. Oddzwoń!


Po chwili migoczące światło gwiazd w moich oczach zlało się w jedność. Umysł powoli wypełniała mi pustka – błogość i nicość.

A jednak! Nagle, poczułem, że ktoś jest obok mnie .  Gdy z wysiłkiem otworzyłem oczy, zobaczyłem czerwony sweter i na nim niebieską odznakę ratownika. Spojrzałem w górę i zobaczyłem jego twarz okoloną lśniącymi gwiazdami nieba.


Gdy byliśmy  już bezpieczni i staliśmy przed drzwiami schroniska,  zacząłem rozmawiać z nim. Po chwili zrozumiałem, że nie jest to zwykły człowiek. Jego uśmiech był nieco przygaszony, a jego spojrzenie miało cień tajemniczości. Zapytałem więc, kim jest.  Wtedy ten tajemniczy ratownik spojrzał mi prosto w oczy i powiedział: Moje zadanie to chronić i pomagać tym, którzy są zagrożeni w tych surowych warunkach górskich.

Byłem zszokowany i trochę przestraszony, ale jednocześnie pełen podziwu dla niezwykłego ducha ratownika. Zapytałem, dlaczego nadal pomaga, choć jest dalej w zaświatach. Odpowiedział: Moje pragnienie pomocy wciąż płonie we mnie. Choć fizycznie nie istnieję, wciąż mogę oddziaływać na to środowisko jako duch. Mogę zapewnić ciepło i wytrwałość tym, którzy potrzebują pomocy w górach.


Wtedy zrozumiałem, że miałem do czynienia z istotą wyjątkową. Pomógł mi zrozumieć, jak ważne jest szanowanie gór i korzystanie z nich z rozwagą. Pokazał mi także, jak istotne jest wspieranie siebie nawzajem w trudnych sytuacjach.

Przepełniony wdzięcznością i respektem, pożegnałem zmarłego ratownika górskiego, który nadal troszczy się o bezpieczeństwo innych. Obiecałem sobie, że nigdy nie zapomnę tego spotkania i że będę starał się przekazywać dalej jego mądrość i szacunek dla gór.


Więc teraz, gdy wybieracie się w góry, pamiętajcie, że zawsze jesteście otoczeni przez niezwykłe duchy ratowników, którzy nadal przychodzą nam z pomocą. Szanujcie góry i respektujcie ich potęgę, a wtedy może spotkacie tego tajemniczego ratownika, który nadal strzeże bezpieczeństwa w górach - ducha, który pomaga z miłością i oddaniem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krytykując - szkodzisz sobie

To opowieść o Greku... dla Joasi też

Walec miłości