Na Rozdrożach

 Na Rozdrożach


Powietrze jest parne. Od samego rana zanosiło się na burzę. Wjeżdżam w głąb puszczy – w nieznaną mi ścieżkę.
Powiedz mi, co cię gna w taką głuszę … skąd ta potrzeba samotności? – przypomniało mi się pytanie na które trudno mi było odpowiedzieć.

To chyba pogoń za spokojem, za czystą miłością do Matki Natury, do Stwórcy. Najczęściej kochamy mózgiem, nie sercem. Lecz  intelekt może się zmieniać i dopasowywać, ale nie miłość. Intelekt może stać się nieprzystępny i niewrażliwy na cierpienie, ale miłość tego nie zdoła. Intelekt potrafił zawsze wycofać się i zabezpieczyć. A miłości nie można do niczego przystosować, nie da się jej zamknąć w żadne opłotki i niczym zabezpieczyć. Smutek naszego życia polega na tym że nazywamy miłością to, co właściwie należy do intelektu. Przepełniamy serce tym, co pochodzi z dziedziny myśli więc serca nasze są wciąż puste, głodne i przez to często chore. Gdy tak sobie myślę...
Nagle, wali się na ścieżkę drzewo. hamuje ostro, Bębni o dach gradem. Potężny podmuch wiatru trzęsie samochodem. Świat wiruje mi przed oczami. Otaczające drzewa łączą się ze strugami gradu. Usypiająco – początkowo powoli, a potem coraz szybciej pracują wycieraczki.  Ich jednostajny szum łączy się z odgłosami wiatru i deszczu. Zapadam w ciemną błogość snu.


Pod rozświetlonym drzewem ujrzałem leżącą kobietę w powiewnej sukience,  Gdy podszedłem do niej otworzyła oczy, usiadła opierając się o konar przydrożnego drzewa i powiedziała wpatrując się we mnie z rozbawieniem.
Czekam tu na ciebie. Nie spieszyłeś się. Nie ładnie, nie ładnie…
Rozsądek podpowiedział mi: Jeśli pójdziesz za nią możesz narobić wielkiego bigosu w świecie w którym jesteś. Uważaj! Kobieta, którą wymarzyłeś a teraz spotkałeś, nie jest dziełem Stwórcy. Zmaterializowałeś ją uparcie o niej myśląc. Ale twoje myślenie w śnie może okazać się powierzchowne. Stworzyłeś jej ponętną postać zewnętrzną. Ale co wiesz o jej uczuciach? Tego nie potrafisz jeszcze stworzyć. 
A ona, zerkając  z rozbawieniem, poczęła zbierać poziomki i wkładać je do szklanego dzbanka. Gdy dzbanek zapełnił się – podeszła do mnie, przytuliła się, pocałowała w policzek i szepnęła:
Podążaj za mną bez obaw nie pożałujesz.
I wtuliła się we mnie bez żenady. Całe jej ciało pachniało poziomkami. Usłyszałem za sobą kroki, i wibrującym, tubalnym ale i radosnym głosem wypowiedziane przywitanie:
Witam! Witam creczkę! I witam pana – wędrowcze.
Poczułem mocne klepnięcie po plecach i gdy obróciłem się stanąłem twarz w twarz z roześmianym, potężnym starcem – z siwą brodą i krzaczastymi siwymi brwiami, wesołymi niebieskimi oczami, w kapelusiku z piórkiem na głowie, z przewieszoną skórzaną torbą przez jedno ramię’
A cóż to pana sprowadziło w tę ostoję leśną? -zapytał ze śmiechem starzec i dłonią wielką jak bochen chleba, uścisnął moją rękę, instynktownie wyciągniętą w obronnym geście – tak silnie, że aż przykucnąłem. Gdy starzec dowiedział się, że zajmuję się fotografią przyrody zwrócił się do córki:
Sama widzisz kochanie! Nic nie zdarza się przypadkiem. To takie zadziwiające i zastanawiające, kiedy to trzy osoby spotykają się nieoczekiwanie w lesie. Biegnij, kochanie do domu i przygotuj śniadanie. A my tymczasem wolniutko przespacerujemy się i porozmawiamy.
Gdy dziewczyna znikła za zakrętem dróżki, starzec objął mnie ramieniem i zapytał:
Porzucił pan miasto, prawda?
Ma pan racje. Jakiś czas pracowałem naukowo. Czułem zamęt; a choć nie jestem już młody, ogarnęło mnie zniechęcenie. Widziałem wokół siebie własne pokolenie, ludzi zdesperowanych, zgorzkniałych, wdziałem okrucieństwo, hipokryzję, kompromisy, asekuranctwo. To pokolenie niczego nie ma do zaoferowania i niczego od nich nie chcę. Zapragnąłem żyć życiem bogatym, pełnym treści. Z pewnością nic chcę pracować w biurze i utrzymywać zdobytą pozycję, wiodąc tą bezkształtną, bezsensowną egzystencję. Czasem płaczę nad samotnością i pięknem odległych gwiazd.

Przysiedliśmy na konarze zwalonego drzewa. Zapachniało żywicą. Czas jakiś siedzieliśmy w ciszy, a powiew wiatru poruszał sosnami.
Poszukujesz więc prawdy? Chcesz żyć pełnią życia? Drogi chłopcze. Lot skowronka i orła nie pozostawia śladów; naukowiec, podobnie jak każdy specjalista, ślad pozostawia. Można iść za naukowcem krok za krokiem i dodać kolejne kroki do tego, co on odkrył i zgromadzili. Wiadomo, lepiej lub gorzej, dokąd to wszystko prowadzi. Ale prawda to coś zupełnie innego; ona rzeczywiście jest krainą bez dróg; być może leży na następnym zakręcie tej ścieżki, a może tysiące kilometrów stąd. Musisz iść nieprzerwanie, a wówczas znajdziesz ją tuż obok. Jeśli jednak zatrzymasz się, by wytyczyć drogę dla siebie lub innych lub po to, by zaplanować tą własną drogę życia, to prawda nigdy się do ciebie nie zbliży.


Więc, co w życiu jest warte zachodu? Więc, w co uwierzyć?
Uwierzyć? Jeśli przyniesiesz do domu patyk, położysz go na półce i będziesz co dzień kładł przed nim kwiat, to po paru dniach nabierze on dla ciebie ogromnego znaczenia. Tak tworzy się wiara a z niej miedzy innymi religia. Umysł może nadać sens wszystkiemu, ale sens, jaki on nadaje, jest sensu pozbawiony.


Więc żyć nie określając celu, żyć bez celu?
Mój drogi, pytanie o cel życia jest niczym oddawanie czci patykowi. Tragedia polega na tym, że umysł wciąż wymyśla nowe cele, nowe sensy, nowe radości i ciągle je niszczy. Nigdy się nie uspokaja. Ale umysł, który ma w sobie bogactwo ciszy, nigdy nie szuka czegoś poza tym, co jest.


Więc co można uczynić by choć trochę mieć radości z życia?
Trzeba być jednocześnie orłem i naukowcem, wiedząc, że jeden z drugim nigdy się nie spotkają. To nie znaczy, że żyją w różnych światach. Obaj są niezbędni. Ale gdy naukowiec chce stać się orłem, a orzeł pozostawia odciski pazurów, świat pogrąża się w niedoli. Zachowuj zawsze swą czystość i związaną z nią bezbronność. To jest jedyny skarb, który człowiek mieć może i musi.


Bezbronność? Czy jest to jedyny bezcenny klejnot, który można znaleźć?
Nie ma bezbronności bez czystości. Choćbyś miał tysiące doznań, tysiące razy się uśmiechał i wylał tysiące łez, to jakże umysł może być czysty, jeśli nie umrzesz i tego wszystkiego się nie wyzbędziesz? Tylko czysty umysł pomimo tysięcy swych doznań – może ujrzeć prawdę. A jedynie prawda czyni umysł bezbronnym, czyli wolnym.


Powiada pan, że nie można ujrzeć prawdy, nic będąc czystym, a nie można być czystym, nie ujrzawszy prawdy. Czy to nie jest błędne koło?
Czystość może zaistnieć tylko wtedy, gdy umiera dzień wczorajszy. Ale my nigdy nie umieramy, nie wyzbywamy się przeszłości. Zawsze pozostaje nam jakaś resztka, strzęp dnia wczorajszego. Właśnie to sprawia, że umysł pozostaje więzieniem czasu. A zatem czas jest wrogiem czystości. Człowiek musi każdego dnia umierać, wyzbywać się wszystkiego, co umysł pochwycił i czego się trzyma. W przeciwnym razie nie ma wolności. Gdy istnieje wolność, istnieje bezbronność. One nie następują po sobie—to wszystko stanowi jeden ruch, zarówno pojawianie się, jak i przemijanie. Naprawdę czysta jest pełnia serca.

Ciąg dalszy nastąpi...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krytykując - szkodzisz sobie

To opowieść o Greku... dla Joasi też

Walec miłości